niedziela, 5 lipca 2015

Rozdział 9

     Skrzypce załkały rzewnie, kiedy po raz pierwszy przeciągnął smyczkiem po strunach. Delikatnie, subtelnie, pieszczotliwie. Palcami lewej reki z czułością głaskał struny. Finezyjnym, przesiąkniętym erotyką gestem ponownie zagrał, tym razem nieco mocniej, pewniej. Rozległa się cicha, melancholijna melodia. Zamknął oczy. Chciał całkowicie oddać się muzyce, chciał ją czuć, smakować, rozkoszować się nią. Na ciemnym tle powiek widział łagodne smugi, tworzące zjednoczoną feerię barw i dźwięków. Przyspieszył. Teraz muzyka przywodziła na myśl poranny śpiew ptaków, jednak wciąż tchnęła melancholią, smutkiem, rzewnością. J pochłaniał każdą nutę spływającą po palcach i smyczku. Opuszki jego palców drżały, bolały z podniecenia i ekscytacji. Wraz z jego coraz głośniejszym oddechem, przyspieszała muzyka. Teraz już głośna, niepokojąca, tajemnicza. Na wargach J zakwitł uśmiech. Pełen radości, spełnienia, satysfakcji. Otworzył oczy, jakby budząc się z głębokiego snu i potoczył po pomieszczeniu błękitnym spojrzeniem. Martwa, rudowłosa dziewczyna wyglądałaby na śpiącą, gdyby nie jej szeroko rozwarte, jasnozielone oczy, które zdawały się na niego patrzeć. Muzyka stała się opętańcza, buchało z niej szaleństwo, kipiała groza. Po plecach J przebiegł dreszcz potęgującego się podniecenia. Euforii. Ekstazy. Jęknął cicho. I urwał nagle grę. Dokoła zapanowała cisza i tylko jego głośny, urywany oddech rozbrzmiewał w martwym domu.
     Z namaszczeniem odłożył instrument na miejsce i spojrzał na niego czule. Gładkie, ciemne drewno miało w sobie coś ujmującego, coś intrygującego. Miał ochotę znów chwycić smukły kształt w dłonie i posiąść go ponownie. Jednak już zbyt wiele czasu zmitrężył. Chwycił fiolki wypełnione krwią i opuścił pomieszczenie.
     Trzaśnięcie drzwi frontowych zagłuszył potężny grom, który przetoczył się po wieczornym niebie.
     Dawno nie było tak burzowego lata, pomyślał odpalając silnik grafitowego Astona Martina.
Miasto pełne było ludzi uciekających przed nadciągającą burzą. Mieszanina zapachów, kolorów i dźwięków wypełniała J, gdy powoli mijał kolejne przejścia dla pieszych, zapchanie gniotącą się wzajemnie tłuszczą. W gardle nagle urosła mu gula obrzydzenia. Skrzywił się z niesmakiem. Ludzie są tak prymitywni. Tak banalni. Pokręcił głową, wciskając gaz i oddalając się od centrum.

*

     Alex po raz kolejny ziewnął i rzucił poduszką w siostrę. Chybił. Jedyną reakcją Mii był pełen politowania uśmiech.
     - Chyba ci się nudzi, chłopczyku – powiedziała zjadliwie.
     - Trochę – odparł, ignorując sarkazm.
    - Sprawdź czy ta twoja Kay nie odpisała – rzuciła, również ziewając. - Nie ruszałeś telefonu już całe dziesięć minut! - wykrzyknęła z emfazą.
     Kolejna poduszka poleciała w jej stronę i tym razem trafiła dziewczynę prosto w twarz, na którą posypały się ciemne loki.
     - Serio, czy ty nie rozumiesz, że ona jest z Jasonem i nie powinieneś im prze... Aha! Więc o to ci chodzi, cwaniaczku! - Mia wstała i stanęła na wprost brata, patrząc mu w oczy. - Niech do tego twojego pustego łba dotrze wreszcie, że ona z tobą nie będzie, bo traktuje cię jak brata, bo kocha Jase'a, bo po prostu nie!
     Spojrzał na nią i uśmiechnął się smutno.
     - Nie... - powtórzył.

czwartek, 5 marca 2015

Rozdział 8

Witam i na wstępie lojalnie ostrzegam - rozdział jest dość brutalny, czytacie na własną odpowiedzialność ;)

__
Ciekawostka: Pierwsza udokumentowana sekcja zwłok została przeprowadzona około 1300 roku przez Mundino de Lucci na uniwersytecie w Bolonii.

__
    Mick założył białe lateksowe rękawiczki i spojrzał krytycznie na ciało. Nie mógł powiedzieć, że lubi swoją pracę, ale stwierdzenie, że jej nie lubi również było kłamstwem. Uwielbiał szukać, analizować, rozwiązywać zagadki. Rzadko go to męczyło, jednak dziś szczególnie nie miał ochoty na oględziny zwłok, zwłaszcza słysząc deszcz ostro zacinający w szybę prosektorium. Westchnął. Prokurator wyciągnął go spod koca, gdzie siedział z książką i wielkim kubkiem herbaty. Po sekcjach dziewcząt chciał odpocząć, odciągnąć myśli od ich zimnych ciał... Westchnął ponownie i podszedł do leżącego na metalowym stole mężczyzny. Wyglądał na nie więcej niż dwadzieścia lat. Przydługie jasne włosy pobrudzone były krwią i ziemią, tkwiło w nich kilka zbrązowiałych liści. Mick wyjął jeden z nich i dokładnie obejrzał. Ktokolwiek to zrobił – a patolog nie miał wątpliwości co to tego, że zrobił to ktoś – musiał dopaść chłopaka poza miasteczkiem, w jednym z otaczających go parków.
     Odłożył liść na srebrną tackę leżącą na stoliku obok i kontynuował obserwacje. Twarz wykrzywiona była w grymasie bólu, a zielono-brązowe oczy szeroko rozwarte. Mick pochylił się. Usta denata były pogryzione do krwi, która tworzyła teraz na nich brunatne strupy. Na skroni widniał siny ślad po uderzeniu. To od niego musiał stracić przytomność.

     Nie trzasnęła nawet jedna gałązka pod jego stopami, nie zaszeleścił nawet jeden liść. Blondyn go nie usłyszał. Ale zauważył. Kątem oka wychwycił ruch i spróbował się obrócić. Nie zdążył. Cios spadł pewnie, mocno i prawie celnie. Kiedy chłopak runął na poszycie, stojący nad nim mężczyzna cmoknął z niezadowoleniem. Powinien zajść go bardziej o tyłu. Pochylił się i przyjrzał czerwieniejącej skroni swojej ofiary. „Będzie ślad”, ocenił krytycznie.

     Mickey zdjął zielone prześcieradło, z górnej części ciała denata. Pierwszym, co rzucało się w oczy było duże, głęboko wyryte „J” na piersi mężczyzny. Patolog przyjrzał się ranie. Wszystko wskazywało na to, że zrobiono ją sukcesywnie tnąc skórę niezbyt ostrym narzędziem. Ofiara musiała żyć, kiedy nacięcia były wykonywane. Ktokolwiek to zrobił musiał mieć niebywałą cierpliwość, aby zadać komuś tak wiele ran. Albo wyjątkowo silną motywację.

    Blondyn odzyskał przytomność. Oślepiło go białe jarzeniowe światło, a głowa zapulsowała tępym bólem. Bezskutecznie spróbował się poruszyć. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że leży przywiązany do zimnego, metalowego stołu.
     - Nie powinieneś był tego robić. - Na dźwięk tego cichego, zachrypniętego głosu blondyna przeszedł dreszcz. Szarpnął się gwałtownie, ale wywołał tym tylko wybuch śmiechu. - Czyżby ptaszek chciał uciec z klatki? Rozejrzyj się. Wiesz, gdzie jesteś?
     Chłopak uniósł głowę i potoczył wzrokiem po pomieszczeniu. Jasne ściany, bladoniebieska wykładzina, białe szafki i metalowe narzędzia. Szczypce, skalpel i kilka innych, których nie potrafił nazwać. Ale wiedział, gdzie jest. Był już tutaj. Miejskie prosektorium.
     - Stąd jest dla takich jak ty tylko jedno wyjście. Niewierni mężczyźni nie zasługują na to, by żyć.
    Blondyn znów się szarpnął. Spojrzał na swojego oprawcę. Czarne włosy mocno kontrastowały z jasną skórą. Po ustach błądził cyniczny uśmiech.
     - Kim ty w ogóle jesteś?! - wrzasnął. - O co ci chodzi?! Wypuść mnie natychmiast!
    Czarnowłosy znów się roześmiał. Chwycił ze stolika nieduży nóż z czarną rączką i pogładził ostrze. Przytknął czubek do mostka blondyna i zatoczył nim okrąg po lewej stronie piersi.
     - Złamałeś jej serce. Pora byś poczuł tak samo silny ból, jak ona.
   Pierwsze nacięcie było płytkie i prawie nie krwawiło, ale i tak blondyn wrzeszczał opętańczo. Z każdym kolejnym dotknięciem ostrza jego krzyk się nasilał, ale oprawca zdawał się tego nie zauważać, w skupieniu drążąc jego skórę.

    Mick odsunął się nieco od ciała. Odetchnął głęboko i chwycił rękę denata. Najpierw spojrzał na bark. Nie widząc żadnych uszkodzeń wędrował wzrokiem wzdłuż ramienia, aż po dłoń. Przełknął głośno ślinę. Pod paznokciami były głębokie krwawe wybroczyny, zapewne spowodowane wbijaniem tam igieł. Mick odwrócił na chwilę wzrok. Kiedyś przypadkowo wbił sobie szpilkę pod paznokieć. Nie potrafił wyobrazić sobie, jak potworny ból zadał ktoś temu chłopakowi.

     Chłodne palce chwyciły jego dłoń i zacisnęły się na niej. Przez chwilę blondyn czuł, jak po jego skórze delikatnie ślizga się ostry przedmiot, a moment później wyprężył się gwałtownie pod wpływem nagłego paroksyzmu bólu. Trzy grube igły jednocześnie wbiły się głęboko pod jego paznokcie. Wrzasnął, a metal został nagle wyszarpnięty z jego ciała. Dłoń pulsowała bólem i gorącem. Krzyk uwiązł mu w gardle. Oddychał ciężko i głośno.
     - Te ręce nigdy nie zasługiwały na to, by jej dotykać. - Głos był zimny, beznamiętny. - Nie miały do tego prawa.

     Patolog odsunął się od metalowego stołu. Podszedł do swojego biurka i oparł się o nie. Musiał odetchnąć. Jego kariera medyczna nie była długa. Nie przywykł jeszcze do takich widoków ani wrażeń. Dopiero teraz poczuł suchość drapiącą gardło. Chwycił butelkę i pociągnął spory łyk wody. Po chwili wrócił na stanowisko pracy. Odchylił dolną część prześcieradła i suchość w ustach powróciła. Spojrzał w miejsce, gdzie mężczyzna zazwyczaj ma atrybut adekwatny do swojej płci. Było rozległą, krwawą plamą.

    - Wiesz, co jeszcze nie powinno nigdy dotykać jej ciała? - pytanie było retoryczne. W odpowiedzi blondyn jedynie głośno przełknął zgęstniałą ślinę. Nie miał już sił krzyczeć.
    Czarnowłosy przesunął delikatnie palcem po jego kroczu. Uśmiechnął się złowieszczo. Zacisnął dłoń, a chłopak krzyknął ochryple i niezbyt głośno.
     - Myślę, że to już ci się nie przyda.

    Mick skończył zewnętrzne oględziny. Miał dość wrażeń jak na jeden wieczór i sądził, że otwieranie trupa nie jest konieczne, bo ewidentnie wykrwawił się zanim oprawca zadał mu jakiekolwiek obrażenia wewnętrzne, jednak prokurator uparł się. Saunders z trudem zwalczył chęć zdjęcia fartucha, rękawiczek i powrotu do domu. Chwycił skalpel i wykonał nacięcie zaczynając od małżowiny usznej. Spokojnie otworzył czaszkę. Odzyskał równowagę. Nie sądził, aby teraz jego oczy zostały uraczone czymś niezwykłym. Działał pewnie, sprawnie, w pełni skupiając się na leżącym przed nim ciele. Być może, gdyby choć na chwilę oderwał od niego wzrok, zauważyłby, że każdy jego ruch jest śledzony przez parę niebieskich oczu.

niedziela, 18 stycznia 2015

Rozdział 7

     Alex po raz kolejny chwycił telefon, odblokował go i po chwili odrzucił na łóżko w poczuciu beznadziei. Od godziny cholernie męczył się z chęcią zadzwonienia do Kay. Pragnął usłyszeć jej głos, usłyszeć zapewnienie, że jest bezpieczna, że już do niego wraca, że... Właściwie chciał tylko przerwać jej wspólne chwile z Jasonem. Zacisnął pięści, wbijając sobie paznokcie we wnętrza dłoni. Nie bądź idiotą, Alex! Jest teraz szczęśliwa. Nic jej po tobie... Westchnął ciężko, położył się i ukrył twarz w dłoniach. Po chwili opuścił je i wbił wzrok w sufit. Nie wiedział, co ze sobą zrobić. Zamknął oczy.
     Dźwięk telefonu wyrwał go z chwilowej stagnacji. Przepełniony nadzieją zerwał się z pozycji leżącej i spojrzał na wyświetlacz. Jeszcze nigdy nie czuł takiego rozczarowania na widok imienia swojej siostry. Odebrał niechętnie.
     - Oby to było coś ważnego.
     - Przyjedziesz po mnie? - Głos Mii był uroczy i przyjazny jak nigdy.
     - Gdzie? - Alex westchnął.
     Zapanowała cisza, w której dało się słyszeć jedynie rytmiczny oddech dziewczyny.
     - Na komisariat.
    Alex westchnął przeciągle, rozłączył się i ruszył po kluczyki. Ciekaw był, co też jego młodsza siostrzyczka tym razem zwojowała. Dwudziestoletnia brunetka była jego utrapieniem, ale i jedyną rodziną. Słodkie, niepozorne dziewczę kryło w sobie nieskończone pokłady awanturnictwa i wyszczekania. Do tej pory Alex nie potrafił sobie wytłumaczyć, jak to się stało, że rok temu jego mała Mia dotkliwie pobiła dobierającego się do niej, rosłego przedstawiciela kultury sterydowo-dresowej.
    Brama garażu otworzyła się z głośnym stukotem i Alex wyjechał na podjazd swoją grafitową E-trzydziestką. Choć auto nie było nowe, kochał je ponad wszystko. Z zadowoleniem patrzył na promienie słońca odbijające się w wypolerowanym, metalicznym lakierze pokrywającym maskę. Po chwili refleksji nad pięknem swojego „dziecka” Alex wcisnął gaz i ruszył w stronę miasteczka. W końcu szum silnika zagłuszył nawracające myśli o Kay.

   Zaraz po wpłaceniu kaucji Alex poczuł wieszające się na nim kilkadziesiąt kilo kręconowłosego szczęścia. Odwzajemnił uścisk i trzymając siostrę za ramiona spojrzał jej w oczy.
    - Czy ty, idiotko, będziesz kiedyś normalna? - zapytał ostro.
   - Nie – odparła z rozbrajającym uśmiechem, w którym rozpoznał swój własny, którym zawsze obdarzał Kay po tym, jak rzucił jej złośliwą uwagę.
    Alex uśmiechnął się mimowolnie i pokręcił głową. Objął ją jeszcze raz i przyciągnął do siebie.
     - Stęskniłem się, mała. Mogłabyś czasem zadzwonić.
     - Dziś zadzwoniłam. - Spojrzała na niego niewinnie.
     - Oj, młoda... Skaranie boskie z tobą – mruknął, czochrając jej włosy.
   Skierowali się do wyjścia i kiedy już siedzieli w samochodzie rozdzwonił się telefon chłopaka. Znów ogarnęła go nadzieja i znów przeżył rozczarowanie, choć wyświetlone na ekranie zdjęcie Mickeya rozbudziło w nim ciekawość.
     - Co masz? - Alex nie widział konieczności w witaniu się ze znajomym.
     - Przy wstępnych oględzinach ofiar nie zauważyłem drobnego szczegółu. Obydwie ofiary miały miały literę „J” wyciętą, prawdopodobnie czubkiem noża, tuż pod linią włosów. No i jest jeszcze coś...
     - No?
     - Znaleziono dziś kolejne ciało.
     - Następna dziewczyna? Gdzie tym razem?
     - Tym razem to nie jest dziewczyna - powiedział głucho Mick.
     Na linii zapadła cisza. Alex trawił słowa, które przed chwilą usłyszał. Poczuł się cholernie zdezorientowany.
     - Więc? - zapytał po chwili.
    - Dziś rano dostarczono mi zwłoki młodego mężczyzny. Jeszcze nigdy nie widziałem tak zmasakrowanego ciała... Nijak bym go nie powiązał z tą sprawą, ale... Na piersi ma wydrapaną tę samą literę i wszystko wskazuje na to, że ktokolwiek to zrobił, nie pozwolił mu od razu umrzeć.

wtorek, 30 grudnia 2014

Rozdział 6

   Kay przełknęła ślinę i opuściła wzrok, nie umiejąc wytrzymać przenikliwego, błękitnego spojrzenia. Zezłościło ją to. Mężczyzna uśmiechnął się lekko i odepchnął od ściany nonszalancko.
     - Nie przedstawisz mnie, Jase? - mruknął, podchodząc powoli. Miał niski, lekko zachrypnięty głos, na dźwięk którego Kay zrobiło się ciepło w okolicach podbrzusza.
     Jason spojrzał na niego z nieskrywaną niechęcią.
     - Kay, jak się pewnie domyśliłaś, to mój brat James. Jamie, to jest Kay.
    - Miło mi w końcu poznać. - Czarnowłosy podał dłoń dziewczynie, a kiedy ta ją uścisnęła, dodał: - Muszę przyznać, że Jase ma lepszy gust niż przypuszczałem – Posyłając znaczący uśmiech bratu, obrócił się i ruszył do jadalni.
    Kay chwyciła dłoń Jasona, widząc jak chłopak zaciska pięści i posłała mu uspokajający uśmiech. Weszli razem do przestronnego pomieszczenia, gdzie już czekał pięknie pachnący obiad. Sophie nieustannie krzątała się wokół dużego, owalnego stołu i odkrywała porcelanowe półmiski z potrawami. Kay usiadła pomiędzy ukochanym a jego ojcem i rozejrzała się po pokoju. Hebanowa podłoga mocno kontrastowała ze ścianami w kolorze écru, które harmonizowały z jasnymi meblami. Na każdej wolnej powierzchni stały ozdobne doniczki z przepięknymi storczykami o różnych barwach. Jedynie naprzeciwko Kay na okrągłym stoliku stała okazała paprotka. Na ścianie nad nią wisiało kilkanaście zdjęć przedstawiających liczną rodzinę Holloway. Dziewczyna przez chwilę poczuła lekkie uczucie zazdrości. Jej rodzina nigdy nie była tak szczęśliwa, ani tak zintegrowana.
    - Słyszałem od Jase'a, że studiujesz. - Matthew uśmiechnął się do Kay, nakładając sobie ładnie wyglądające mięso na talerz.
   - To prawda. Jestem na drugim roku dziennikarstwa. - Kay odwzajemniła uśmiech i sięgnęła po sałatkę.
      - A co dalej?
     - Mam już staż w miejscowej gazecie, chciałabym też zorganizować sobie coś w telewizji, niedawno rozsyłałam swoje cv, ale w ostatnim czasie zapotrzebowanie na dziennikarzy nieco zmalało.
    - To prawda, ale myślę, że sobie poradzisz. Jace pokazywał mi twoje felietony, nie myślałaś o karierze pisarki?
    - Nie – roześmiała się Kay. - To zupełnie nie moja bajka. Lubię pisać, ale nie do tego stopnia, żeby wiązać z tym swoją przyszłość.
     - Z czym wobec tego wiążesz swoją przyszłość? - James rozparł się obcesowo na wysokim krześle i utkwił wzrok w dziewczynie.
     - Jak już mówiłam, chciałabym zorganizować sobie staż w telewizji, a później, być może, rozwijać się w tym kierunku lub podpisać umowę i pozostać na stanowisku w gazecie.
   Pod obstrzałem pytań Kay poczuła się jak zwierzątko na wybiegu, więc zaraz po skończonym obiedzie zaproponowała pomoc w sprzątaniu i, pozbierawszy talerze, z ulgą opuściła jadalnię. Powoli wkładała je do zmywarki, ciesząc się chwilą spokoju. Kiedy nie mogła już przedłużać westchnęła cicho, wyprostowała się, obróciła i prawie krzyknęła, wystraszona. James uśmiechnął się na poły bezczelnie, na poły życzliwie, stojąc kilka centymetrów od niej. W jego niebieskich oczach tańczyły figlarne iskierki i Kay ponownie poczuła rozlewającą się w jej wnętrzu falę ciepła. Całą siłą woli starała się nie zarumienić, kiedy brat Jasona przechylił głowę i zmrużył lekko oczy, przyglądając jej się badawczo. Po krótkiej chwili wyciągnął rękę, odgarnął z policzka dziewczyny kosmyk włosów i założył go jej za ucho.
     - Przyszedłem po deser – mruknął i sięgnął za plecy dziewczyny. Jasne miseczki ułożone na tacy brzęknęły cicho, kiedy ją uniósł. Uśmiechnął się ponownie, puścił Kay oczko i wyszedł z kuchni.
    Dziewczyna wzięła głęboki oddech i ruszyła za nim. Kiedy usiadła przy stole, Jason położył rękę na jej udzie i rzucił dziewczynie pytające spojrzenie. Ta tylko pokręciła głową.

*

   Łańcuch, na którym zawieszony był worek treningowy brzęczał głośno przy każdym uderzeniu Alexa. Chłopak od godziny tkwił na poddaszu i wyładowywał emocje, chcąc zapomnieć pełne zadowolenia spojrzenie Jasona. Irytowało go to, jak ostentacyjnie chłopak zachowywał się przy nim. Jakby Kay była jego własnością. Dysząc ciężko odszedł od worka i utkwił wzrok w widoku za oknem. Ściemniało się powoli, a delikatne światło wschodzącego księżyca, sprawiało, że zamglone miasteczko wyglądało, jakby pokrywała je gruba warstwa kurzu.
     Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że temperatura znacznie spadła. Na jego spoconym ciele pojawiła się gęsia skórka. Nie ruszył się jednak, wciąż wpatrując w okno. Zastanawiał się, co u Kay. Pewnie teraz ten arogancki chłopaczyna tuli ją do siebie jak maskotkę, a ona, zaślepiona uczuciem, poddaje się jego dotykowi. Alex poczuł złość na siebie. Zacisnął pięści i pozwolił, by fizyczny ból zagłuszył uczucie zazdrości rodzące się gdzieś w środku. Kay była jego przyjaciółką. Siostrą. Nikim innym.

niedziela, 23 listopada 2014

Rozdział 5

    Zamruczała przez sen i obudziła się. Potoczyła po pokoju rozespanym spojrzeniem i dopiero po chwili zdała sobie sprawę, co wyrwało ją z objęć Morfeusza. Nieustające ciche pukanie w okno. Początkowo pomyślała, że to gałązka rosnącego za domem drzewa, ale cień, który się poruszył był zdecydowanie zbyt duży na gałązkę. Powoli wstała i ostrożnie zrobiła krok w stronę otwartej na oścież okiennicy.

      Mrok nocy rozjaśniało jedynie blade światło półksiężyca. Zmrużył oczy. Mimo ciemności całkiem dobrze widział jej drobną sylwetkę, szczupłe ramiona okryte przydużą koszulką, jasne zmierzwione włosy, zaspane oczy, otoczone plątaniną różowych pajęczynek odgniecionych od poduszki. Powoli zaciągnął się jej zapachem. Słodkim, miękkim aromatem bawełnianej pościeli i rozespanego ciała.

     Rozejrzała się z obawą. Nie wychwyciła żadnego ruchu w okolicy okna. Usłyszała jedynie cichy świst, jak gdyby ktoś łapczywie zasysał powietrze. Po chwili na tle otulonego księżycowym światłem nieba dostrzegła owalny kształt jakby ktoś przykucał na parapecie... Otworzyła szerzej oczy, mając nadzieję, że to wytwór jej fantazji. Kiedy jednak kształt nieznacznie się poruszył pisnęła, obróciła się gwałtownie i rzuciła ku drzwiom.

    Pozwolił jej zrobić tylko kilka kroków. Skoczył i objął ją mocno w talii, drugą ręką zakrywając jej usta. Jasne włosy delikatnie omiotły jego twarz, kiedy mruczał do jej ucha uspokajające słowa. „Nie ruszaj się, skarbie, a nie będzie bolało.”

      Wiła się w silnym uścisku jego ramion, nie mogąc nijak się oswobodzić. Napastnik wydał jej się ośmiornicą, której macki ściśle oplatają jej ciało i zniewalają poczuciem bezsilności. Kiedy wyszeptał do jej ucha kilka słów znieruchomiała, a potem znów zaczęła gwałtownie wierzgać. Kopnęła go w piszczel, ale wydał z siebie tylko cichy syk, nie zwalniając uścisku ani na chwilę. W końcu opadła z sił. Oddychając ciężko, bezwładnie zawisła na jego ramieniu. Zabrał więc rękę z jej ust i podniósł ją. Delikatnie ułożył jej ciało na łóżku i usiadł obok. Subtelnym gestem odgarnął jasne kosmyki z jej zaczerwienionej od wysiłku twarzy. Drgnęła, wpatrując się w niego szeroko otwartymi oczami, ale nie próbowała już uciekać.

     Utkwił spojrzenie swoich niebieskich tęczówek w jej twarzy. Doskonale widział mieszaninę uczuć, które się w niej kotłowały. Strach, fascynacja, chęć ucieczki i jednoczesne pożądanie. Bawiło go to, jak działał na kobiety. Były takie proste, takie naiwne... W kąciku jego ust zatańczył delikatny uśmiech. Wsunął rękę we włosy na karku dziewczyny. Powoli oblizał spierzchnięte wargi i zbliżył twarz do jej szyi. Delikatnie, ledwo wyczuwalnie musnął jej skórę. Stające dęba włoski połaskotały go po dłoni, a z rozchylonych ust blondynki wyrwało się ciche westchnięcie. Z namaszczeniem składał pocałunki na jej szyi, uważając, aby nie pominąć ani jednego miejsca, aby żaden fragment jej skóry nie pozostał bez jego dotyku.

      Przerażenie ustąpiło miejsca podnieceniu. Ciche westchnienia przerodziły się w coraz śmielsze jęki, a jej palce zaczęły coraz śmielej błądzić po jego plecach. Kiedy delikatnie przygryzł płatek jej ucha, mimowolnie napięła mięśnie i wbiła paznokcie w jego skórę.

      Nie wytrzymał. Przymknął powieki i zatopił kły w jej szyi. Słodka ciecz o metalicznym zapachu spłynęła do jego ust, drażniąc zmysł smaku. Nie pozwolił sobie jednak na długą chwilę przyjemności. Odsunął się nieco od dziewczyny. Beznamiętnym wzrokiem wpatrywała się w sufit, a po jej jasnej skórze spływała w kierunku dekoltu mała, czerwona kropla. Oblizał usta z resztek krwi i wyjął z zanadrza dwie niewielkie fiolki. Odkorkował jedną i przytknął ją do miejsca, gdzie czerwona ścieżka kończyła swój bieg. Z fascynacją patrzył, jak posoka powoli barwi szklane naczynie.

      Czuła tylko ciepło powoli wąskim strumieniem umykające z jej ciała. Uspokoiła oddech. Nie miała siły się ruszyć. Czuła ciężar przedramienia mężczyzny na swojej piersi. Chciała ją odepchnąć, ale jej ręka odmówiła posłuszeństwa i bezwładnie zsunęła się z łóżka. Nie mogąc poruszyć niczym innym niż oczami spojrzała na swojego oprawcę. W nikłym świetle księżyca dostrzegała jedynie ostry zarys szczęki i ciemne włosy, ułożone zapewne jedynie wiatrem.

     Kiedy fiolka się napełniła zakorkował ją i ostrożnie włożył do wewnętrznej kieszeni marynarki. Dziewczyna poruszyła się na łóżku. Chwycił ją za ramiona i pomógł wstać. Przyglądał się chwilę jej twarzy, po czym znów powoli i delikatnie złożył kilka pocałunków na jej szyi, zlizując zasychającą już krew. Odsunął się na kilka centymetrów i spoglądając w jej oczy ułożył jedną rękę na jej karku, a drugą na policzku. Nocną ciszę zakłóciło głośne chrupnięcie skręcanego karku i łoskot ciała upadającego na drewnianą podłogę.

     
_
Z dedykacją dla mojej kochanej pandy Ady :)

środa, 27 sierpnia 2014

Rozdział 4

   Kay weszła do salonu, niosąc miskę chipsów i dzbanek z sokiem pomarańczowym. Butelka wina szybko się skończyła, a żadne z nich nie kwapiło się, aby iść po kolejną, w ten chłodny wieczór, gdy kierowany wiatrem deszcz zacinał w okna, pozostawiając na nich blade smugi.
   Dziewczyna usadowiła się obok Alexa i sięgnęła po pilota. Oglądany przez jej przyjaciela program motoryzacyjny właśnie się skończył, a ona nie znosiła oglądania reklam. Przez chwilę skakała po kanałach, aż w końcu trafiła na dobrze się zapowiadający film akcji. Odłożyła pilota na ławę i sięgnęła po przekąski.
   - Co u twojego kochasia? - odezwał się Alex, przerywając monotonię odgłosów strzelania i chrupania. - Nie ma nic przeciwko temu, że nocuje u ciebie inny facet?
   Kay wzruszyła ramionami, nie odrywając wzroku od ekranu.
   - Pewnie ma.
   - I mimo to spędzasz ze mną noce? - głos Alexa był zabawnie zmieniony, a brwi chłopaka podskoczyły w parodii niejednoznacznego gestu.
   - W przeciwieństwie do twoich panienek, Jason wie, że jak będzie się ze mną kłócił to poza fochem nic nie zyska. - Kay wyszczerzyła zęby w uśmiechu.
   - Masz coś do moich byłych? - Alex udał rozgniewanego.
  - No. Masz beznadziejny gust, jeżeli idzie o kobiety. - Kay zmieniła pozycję i teraz półleżała, z ręką zabawnie zwisającą poza kanapę. - Jedyną kobietą, którą dobrze wybrałeś jest twoja przyjaciółka.
   - Jak zwykle skromna – mruknął, na co dziewczyna pokazała mu język.

  Obudziło ją natarczywe dzwonienie telefonu. Nieprzytomnym wzrokiem potoczyła po pomieszczeniu, ale nie mogła zlokalizować urządzenia. Leżący pod jej, wyłożonymi na sofie, nogami Alex mruknął coś z dezaprobatą i poruszył się lekko. Wstała ostrożnie i ruszyła do kuchni, skąd, jak jej się wydawało, dobiegały irytujące dźwięki piosenki. Miała rację. Leżąca na blacie komórka radośnie wibrowała w rytm jednego z utworów The Who. Na dotykowym ekranie wyświetlało się zdjęcie ciemnowłosego, krótko ostrzyżonego, chłopaka o smukłej twarzy, z której patrzyły jasne, piwne oczy.
   - Halo? - jej głos był zachrypnięty. Odkaszlnęła więc i powtórzyła. - Halo?
  - Kay, cholera, co z tobą? - Jason był niezaprzeczalnie wkurzony. - Dzwonię trzeci raz. Umówiliśmy się na...
   Dziewczyna spojrzała na zegar, wiszący nad kuchenką, i zaklęła bezgłośnie. 14:19. Nocny seans filmowy z Alexem nieco się przedłużył.
   - Boże... Jason, skarbie mój najdroższy, wybacz mi. Zaraz będę gotowa. Dosłownie za dziesięć minut.
   Odłożyła telefon zanim zdążył cokolwiek powiedzieć i ruszyła do łazienki, ziewając szeroko. Ciepła woda zmyła z niej ostatnie strzępki snu, a szorstki ręcznik pobudził krążenie, dodając energii.
   Kiedy wróciła do kuchni, Alex już się po niej krzątał. Po pomieszczeniu rozchodził się przyjemny zapach kawy i tostów. Chłopak rzucił jej przeciągłe spojrzenie przez ramię i wrócił do krojenia pomidora.
   - Ładnie wyglądasz – zauważył z uśmiechem. - To dziś?
   Kay przytaknęła i ziewnęła, sięgając po kubek z kawą.
   - Boję się trochę – mruknęła, obejmując dłońmi ciepłe naczynie.
   Alex odwrócił się do niej i zlustrował ją dokładnie uważnym spojrzeniem. Miała na sobie kremową sukienkę z krótkim rękawem, przepasaną pod biustem czarną koronką. Ciemne włosy dziewczyny opadały lekkimi falami na częściowo odsłonięte plecy, podkreślone, wielkie oczy patrzyły na niego z mieszaniną stresu i zdenerwowania. Uśmiechnął się lekko.
   - Nie masz czego. Na pewno cię polubią.
   - Łatwo ci mówić. To nie ty masz poznać...
  Dzwonek do drzwi przerwał jej wypowiedź. Zanim zdążyła ruszyć w stronę wejścia, w kuchni pojawił się Jason, ubrany w ciemne dżinsy i czarną marynarkę, spod której wyglądała niewyprasowana, błękitna koszula. W przeciwieństwie do ubioru, jego fryzura była nienaganna i starannie ułożona.
  - Wszystko jasne – mruknął, nie kryjąc niechęci do Alexa. Przywitał się jednak z chłopakiem i pocałował Kay. - Idziemy, śliczna?
  Dziewczyna dopiła kawę, wstała i wraz z chłopakiem ruszyła do drzwi. Jason objął ją ramieniem, kątem oka dostrzegając niezadowolenia Alexa. W jego oczach błysnęło poczucie tryumfu.
  Kay pożegnała się z przyjacielem i sięgnęła po kurtkę. Kiedy stanęła w progu, zatrzymał ją wybuch śmiechu Alexa. Obróciła się i spojrzała na niego oburzona.
  - A buty? - Alex spojrzał na puchate, jasnofioletowe pantofle przyjaciółki i ponownie wybuchnął śmiechem.
  Kay fuknęła na niego i porwała z półki czarne szpilki. Wystawiła język w stronę rozbawionego przyjaciela i wyszła, trzaskając drzwiami.

   Im bliżej murowanego, ozdobionego kwiatami, domu byli, tym bardziej trzęsły jej się ręce. Szum silnika nieco ją uspokajał, ale i tak była zestresowana. Spotykała się z Jasonem od pół roku i jego rodzice zażyczyli sobie, aby syn w końcu przedstawił im swoją ukochaną.
  Kiedy zaparkowali przed domem, drzwi otworzyły się i stanął w nich przystojny mężczyzna, ubrany w dobrze skrojony, drogi garnitur. Choć na jego twarzy gościł życzliwy uśmiech, Kay zaczęła się trząść cała.
   - Kochanie, spokojnie – uśmiechnął się Jason. - Nie gryzą.
   - Wiem, ale... - zaczęła, jednak zamknął jej usta pocałunkiem i wysiadł z pojazdu. Otworzył przed nią drzwi i kiedy wysiadła, przed domem stało już obydwoje rodziców Jasona. Niewysoka kobieta w brązowej spódnicy i kwiecistym żakiecie wyciągnęła ramiona w stronę Kay i przytuliła ją do pulchnego ciała.
   - Jak miło w końcu cię poznać. Jase tyle o tobie mówił – zaszczebiotała, na co jej syn uśmiechnął się z lekkim zażenowaniem. W końcu puściła dziewczynę i przedstawiła się. - Jestem Sophie.
   Ojciec Jasona wciąż się uśmiechał i kiedy jego żona cofnęła się, wyciągnął ku Kay silną dłoń.
   - Matthew. - Jego głos był niski i przyjemnie mruczący. - Muszę przyznać, że mój syn ma dobry gust.
   - Tato... - Jason jęknął. - To moja dziewczyna. Nie podrywaj jej.
  Wszyscy wybuchnęli śmiechem, a Kay nieco się rozluźniła. Chwytając za rękę swego ukochanego ruszyła do salonu.
   - Witaj, braciszku. - Usłyszeli za plecami.
   Na najniższym stopniu kręconych schodów stał ciemnowłosy mężczyzna. Uśmiechał się na pozór życzliwie, ale jego przenikliwe, błękitne oczy sprawiły, że po plecach Kay przebiegł chłodny dreszcz.

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Rozdział 3

   Stanął przed lustrem. Na jego twarz, jak zwykle, wpłynął cyniczny uśmiech, który tak bardzo pokazywał jego stosunek do świata. Przeczesał bladymi palcami, przydługie już, czarne włosy i pokręcił głową. Zabójstwo jedynej fryzjerki w tej zapyziałej mieścinie nie było dobrym pomysłem.
  Odetchnął głęboko i spojrzał wprost w błękitne tęczówki swojego odbicia. Powoli, z namaszczeniem, oblizał wargi, końcem języka dotykając wąskiej blizny tuż pod kącikiem ust. Czas się trochę pobawić.

   Szum silnika zagłuszał jego chaotyczne myśli. Kiedy grafitowy aston martin dbs mknął pustą o tej porze ulicą, bystre oczy mężczyzny jak radar przeczesywały okolicę. Przygryzł wargę. Nie było jej. Nie było tej cholernej dziewczyny, z którą się umówił! Chciał się spóźnić. Chciał, aby na niego czekała. A tymczasem to jej nie ma w wyznaczonym miejscu.
Zaparkował na placu, skąd rozciągał się widok na wschodnią część parku, ale nie wysiadł z auta. Przeciągnął się z westchnieniem i wyjął telefon z kieszeni opinających jego biodra dżinsów. Dziewczyna spóźniała się już piętnaście minut. Niepokój zaczynał przeradzać się w złość, choć wiedział, że gdy emocje zamroczą jego umysł, nie zrobi tego tak, jak trzeba.
  Pojawiła się wreszcie. Ciemne włosy rozwiewał chłodny, wieczorny wiatr, którego gwałtowne podmuchy rozchylały co rusz poły jej niezapiętego płaszcza. Zmierzył ją spojrzeniem, kiedy zatrzymała się pod okazałym klonem i zaczęła nerwowo zerkać na zegarek. Teraz zauważył, że ściskała w dłoni parujący kubek z logiem starbucksa. Prychnął. Po kilku minutach wysiadł w końcu z samochodu, zamykając cicho drzwi.
   Okrążał ją powoli. Nie dając się zobaczyć, ale pozwalając poczuć swoją obecność. Zbliżał się. Na pewno czuła ciepłe podmuchy jego oddechu, choć zapewne uznawała je za delikatny wiatr. Bawiło go to. Był jak kot, który okrąża ofiarę, przyczaja się i w końcu atakuje. Atakuje, by zabić, przegryźć ostrymi zębami tętnicę.
   Uśmiechnął się, gdy otuliła szczelniej płaszczem swoje drobne ciało. Ciągle rozglądała się z niepokojem. Raz prawie zauważyła jego ciemną sylwetkę, ale umknął nim zdążyła mrugnąć. W końcu skoczył. Z gardła dziewczyny wydarł się, zduszony przez jego dłoń, okrzyk. Chwycił mocno jej głowę i gwałtownie szarpnął. Głośne chrupnięcie skręcanego karku wywołało na jego nieogolonej twarzy grymas obrzydzenia. Nie znosił tej części pracy.
   Ciało dziewczyny bezwładnie opadło na bruk, a kończyny wykręciły się pod dziwnymi kątami, nieutrzymywane już świadomie przez siłę mięśni. Ukucnął przy niej. Delikatnie przesunął palcem po jej bladej szyi. Zawsze wykonywał ten czuły gest, z fascynacją patrząc w gasnące już oczy ofiary. Uśmiechnął się i schował emocje na dno jednej z szufladek w jego głowie. Teraz musiał być dokładny, bezbłędny.

   Wciąż ciepła krew spływała po szklanej ściance, pozostawiając na niej czerwoną smugę. Zanikający puls słabymi falami wypychał z żył ich zawartość. Kiedy napełnił ostatnią fiolkę, z pietyzmem umieścił w niej korek i schował do wyściełanego welurem pokrowca. Z zadowoleniem spojrzał na swoje zdobycze. Na swoje skarby.

   Przez jego przełyk przepływały kolejne łyki whisky i niegasnące poczucie spełnienia. Satysfakcja, na poły z alkoholem, ogrzewała jego wnętrze, buzując wśród chaotycznych myśli i uczuć. Metaliczny zapach wypełniał jego nozdrza, gdy biorąc głęboki wdech zaciągał się wonią krwi. Uśmiech zastąpił sarkastyczny grymas na jego twarzy. Pan będzie zadowolony. Będzie z niego dumny.
   Mężczyzna pogrążył się w refleksji. Może kiedyś to on zostanie Panem. Tak. Ta myśl z upływem minut zdawała się nabierać w jego głowie niemal namacalnych kształtów. Tak. Kiedyś to on będzie Panem. Będzie miał sługów. Wyznawców. To przed nim będą klękać. Jego będą się bać.

środa, 30 lipca 2014

Rozdział 2

   Rozpadało się na dobre. Motocykl z głośnym warkotem przemierzał ulice miasteczka, rozchlapując na boki wodę z napotkanych kałuż. Alex zdawał się nie przejmować obfitymi kroplami, bębniącymi o jego kask i skórzaną kurtkę. Skupiał się tylko na jeździe, wyrzucając z głowy Kay i jej obsesję. Starał się też zapomnieć o martwej dziewczynie, ale ilekroć uświadomił sobie, że nie ma już jej widoku przed oczami, makabryczny obraz powracał. Zaklął głośno i zwolnił, widząc błyszczącą na sygnalizatorze jaskrawą czerwień. Skrzyżowanie było puste, ale i tak czekał na zmianę. Kiedy tylko zabłysło żółte światło, ruszył dynamicznie i zaraz po skręcie poderwał motocykl na tylne koło. Nie przejechał nawet stu metrów, kiedy dostrzegł machanie policyjnego lizaka. Zaklął ponownie i zatrzymał się obok grafitowego bmw m4. Nieoznakowanego radiowozu. 
 
   Kay zwiększyła głośność telewizora, wstała z kanapy i ruszyła do kuchni. Wsypując do zielonej miski płatki owsiane, myślała o tym, co powiedział im Mick. Każda z nich była sucha. Pozbawione przynajmniej połowy objętości krwi. Jego słowa wciąż kołatały jej się w głowie. Westchnęła. Żałowała teraz, że nie spytała, jaką grupę krwi miały ofiary. Choć pewnie i tak nic by jej to nie dało. Uwielbiała zagadki, łamigłówki, zawsze potrafiła je rozwiązać, a teraz, kiedy trafiło jej się coś wielkiego, nie wiedziała, od której strony to ugryźć. Czuła się bezsilna i złościło ją to. W dodatku rozlała swój ulubiony jogurt polewając nim owsiankę.
   Usiadła przed telewizorem i wpatrzyła się w jakiś głupkowaty program. Chciała oczyścić umysł ze wszystkich myśli, a rano na nowo skupić się na tajemniczych zgonach.
   Odłożyła miskę i zapadła się w miękkiej kanapie w momencie, kiedy rozległ się dzwonek do drzwi. Irytująca melodyjka sprawiła, że dziewczyna nakryła głowę poduszką z zamiarem zignorowania uporczywego gościa. 
 
   Alex uparcie gwałcił przycisk domofonu. Widział migoczące w salonie światło telewizora, więc Kay na pewno była w środku. Oparł się ramieniem o ciemną framugę, nie zdejmując palca z wypukłości guzika. W końcu usłyszał głośne przekleństwo i chrobotanie klucza przekręcanego w zamku. Uśmiech wpłynął na jego twarz.
   - Przyniosłem wino – powiedział w momencie, kiedy wściekła Kay wystawiła twarz za drzwi. Wyraz jej twarzy momentalnie się zmienił. Lubiła dobre wino.
   - Jesteś przemoczony – mruknęła, udając, że wciąż jest poirytowana. - Przyniosę ci jakieś suche rzeczy.
   Wpuściła go do środka i zaraz zniknęła na schodach prowadzących na piętro. Alex ruszył do kuchni i sprawnie otworzył wino, pachnące mokrymi, jesiennymi liśćmi. Zabrał z szafki kieliszki i opuścił pomieszczenie. Usadowił się na wyściełanej miękką tkaniną wiklinowej ławce na werandzie, ustawił ekwipunek na stoliku, po czym napełnił kryształowe naczynia.
   - Trzymaj.
   Kay rzuciła w niego jasnymi dżinsami i granatową bluzą jej starszego brata. Alexis posłusznie udał się do łazienki, aby zmienić odzież i już po chwili siedzieli obok siebie, wpatrując się w migoczące światła miasteczka.
   Deszcz ustał. Dom Kay stał na wzgórzu, więc teraz roztaczał się przed nimi widok na tętniącą nocnym życiem mieścinę, a rozpierzchające się chmury odsłaniały księżyc i migotliwe gwiazdy, zalewające swoim mlecznym światłem budynki.
  Do ich uszu dotarło piskliwe ujadanie ratlerka sąsiadki. Starsza kobieta powoli maszerowała chodnikiem, a wokół jej nóg skakał mały pies, przypominający skrzyżowanie kota ze szczurem. Kiedy pani Brown dotarła na wysokość domu Kay, zatrzymała się i spojrzała na przyjaciół uważnie.
   - Naprawdę ładna z was para. Zawsze to mówiłam – powiedziała z życzliwym uśmiechem.
   - Pani Brown – zaczęła Kay, powstrzymując rozbawienie – my nie jesteśmy razem. My tylko...
   - Koegzystujemy – uzupełnił Alex.
   - Właśnie. Żyjemy w symbiozie.
   - Jak drzewo i grzyb.
  - Tak. – Na usta dziewczyny wpłynął szeroki uśmiech. - On jest wrzodem... Znaczy grzybem. 
_
Czekam na opinie :) 

niedziela, 27 lipca 2014

Rozdział 1

Od razu uprzedzam, że to dopiero początek, proszę się nie zrażać, jeżeli rozdział się nie spodoba :) Mam jednak nadzieję, że nie jest zły.
Rozdział z dedykacja dla pewnej wojowniczej owcy, która nie daje mi spokoju.

_
   Kay zaklęła cicho, kiedy zabrzmiał dźwięk domofonu. Wystraszona drgnęła, upuszczając krojonego właśnie banana wprost do miski z odpadkami. Odłożyła nóż i wytarła ręce. Irytująca melodyjka rozległa się ponownie, ale Kay zignorowała ją i zatrzymała przy lustrze. Przygładziła dłońmi długie, brązowe loki i starła z kącika oka odrobinę rozmazanego tuszu. Posłała swojemu odbiciu pełne niezadowolenia spojrzenie zielonych tęczówek i otworzyła drzwi.
   Alex jak burza wpadł do mieszkania, rozsiewając wokół mocny zapach męskich perfum. Kay cofnęła się instynktownie zanim przyjaciel ją staranował. Dopiero teraz mu się przyjrzała. Brązowe włosy jak zwykle miał potargane. Oddychał ciężko, a jego twarz była zaróżowiona od zimna. Tegoroczne jesienne wieczory nie raczyły ich nawet odrobiną pozostałości po letnich upałach.
    - Musisz coś zobaczyć – wydyszał i wyszedł przed dom.
    Kay chwyciła kurtkę, zamknęła drzwi na klucz i posłusznie ruszyła za nim w stronę jego hondy repsol.

    Odwróciła głowę. Martwe ciało leżące na chodniku zdążyło już zesztywnieć i napęcznieć od nieustającego deszczu. Z rozchylonych ust denatki wystawał siny koniec języka, kontrastujący z rozmytą czerwienią szminki. Jasne włosy falowały, poruszane strugami wody, płynącej wzdłuż niskiego krawężnika.
    Alex kucnął obok Kay i dłonią wskazał dwa małe punkty na szyi martwej dziewczyny. Kropki, wielkości główki od szpilki, znajdowały się w odległości jakichś trzech centymetrów od siebie. Pod każdą z nich widniał cienki, siny pasek, jak gdyby ktoś długo przyciskał wąski przedmiot do skóry.
   - To już kolejna... - mruknął mężczyzna, nie odrywając wzroku od, ślicznej niegdyś, twarzy martwej dziewczyny. - I znów te ślady... Jakby nie wysysał krwi, a ją zbierał...
    Kay skrzywiła się.
    - Trzeba ją stąd zabrać – powiedziała nagle. - Mick powinien ją zbadać. Może się czegoś dowiemy. Może poda nam jakiś trop. Albo dowiemy się, kto...
    - Kay, czego ty się spodziewasz? Że go złapiemy? Proszę cię... I co zrobimy? Poprosimy żeby udał się z nami na policję?
    - Nie musisz być złośliwy – wysyczała.
    - Dzwoń po gliny, zmywamy się stąd. Mick i tak ją dostanie.

   Chłód i atmosfera kostnicy wywołały na skórze Alexa gęsią skórkę. Potarł ramiona opatulone grubym wełnianym swetrem o luźnych splotach, ale nie przyniosło to ulgi. Wciąż drżał z zimna i nie mógł się doczekać, aż Kay wróci z gorącą herbatą. Od pół godziny czekali, aż ich znajomy patolog wyjdzie z sali i poinformuje ich, że nie odkrył w ciele denatki nic nadzwyczajnego. Że ich podejrzenia były bezsensowne. Alex doskonale wiedział, czego się spodziewać, a jednak siedział tutaj i marzł. Westchnął. Robił to dla Kay. Tej wariatki, która ubzdurała sobie, że rozwiąże zagadkę tajemniczych śmierci młodych dziewcząt. Już dawno stracił nadzieję na to, że jego przyjaciółka stanie się normalna i zajmie tymi wszystkimi babskimi rzeczami, których nie rozumiał. Kosmetykami, wyprzedażami, komediami romantycznymi... Westchnął ponownie. Kay była inna i właśnie dlatego była jego jedyną przyjaciółką.
    Drzwi prosektorium otworzyły się i stanął w nich wysoki, ciemnowłosy mężczyzna o świdrującym, szarym spojrzeniu. Gdyby nie medyczny fartuch i zamiłowanie do trupów, mógłby uchodzić za atrakcyjnego, jednak w bieli nie wyglądał korzystnie.
    - Witaj. - Uścisnął dłoń znajomego i rozejrzał się po korytarzu. - Gdzie Kay? Wydawało mi się, że ją słyszałem.
    - Poszła po herbatę. Powinna zaraz być.
   Jak na zawołanie zza rogu wyłoniła się drobna sylwetka odziana w obcisłe dżinsy i kilka rozmiarów za duży, włochaty sweter. Rozwiane, brązowe loki tańczyły wokół jej twarzy, gdy szybkim krokiem przemierzała korytarz. Podała przyjacielowi kubek z parującym napojem i przywitała się z Mickiem.
    - Masz coś?
   - Poza tym, że wszystkie ofiary były młode, atrakcyjne i jeśli tak dalej pójdzie to przyrost naturalny jeszcze bardziej spadnie? Tak. Wszystkie trzy miały tę samą grupę krwi. Mało tego. Każda z nich była sucha.
   - Co masz na myśli? - Alex spojrzał na niego zaskoczony.
   - Zostały pozbawione przynajmniej połowy objętości krwi. I to nie z powodów naturalnych.
   - Tak myślałam – szepnęła Kay. - To jakiś maniak albo...
   - Kay, nie ma wampirów... To bajka. Wymysł. - W głosie Alexa pobrzmiewało rozbawienie. Dziewczyna naczytała się za dużo horrorów.
  - Ja już nie jestem tego taki pewien – rzucił Mick i z powrotem zniknął za drzwiami prosektorium.
   - Kay, wiesz, że on cię wkręca, prawda?
  Kobieta spojrzała na niego przelotnie i wbiła wzrok w małe okienko u góry drzwi. Wiedziała o tym. Ale coś w tonie głosu Micka nie dawało jej spokoju.

środa, 23 lipca 2014

Prolog

    Niebo zasnuły ciemne chmury. Słońce, chowające się już za linią horyzontu, przedzierało się jeszcze przez gruby dywan szarości, jednak jego słabe promienie szybko gasły, przytłoczone ponurą zasłoną. Oślepiająca błyskawica rozcięła niebo, a potężny grzmot przetoczył się przez miasteczko, drżąc i wibrując w chłodnym, przesyconym świeżością, powietrzu jesieni. Pierwsze krople spadły na ziemię, rozpryskując się i tworząc na asfalcie ciemną mozaikę wilgoci. Ludzie siedzący dotychczas na tarasach kafejek w panice zbierali swoje rzeczy i uciekali do środka, gdy deszcz zaczął padać z większą intensywnością. Już po chwili okazałe krople przecinały powietrze i z dudnieniem obijały się o szyby, a unosząca się właśnie biała mgła przesłoniła widok na ulicę.
   Czarnowłosy mężczyzna ze spokojem sączył swą popołudniową kawę, patrząc ponad brzegiem porcelanowej filiżanki na ludzi uwijających się przy drzwiach. Kłębowisko osób otrzepujących parasole, wyżymających mokre ubrania, gwałtownymi ruchami strącających z siebie wilgoć przypominało mu mrowisko. Wystarczyło kilka kropel, aby zasiać wśród nich panikę.
   Ludzie są żałośni, pomyślał z brzękiem odstawiając filiżankę na spodek. Odetchnął głęboko, zaciągając się zapachami tych wszystkich osób. Perfumy, pot, ubrania, wszystkie wonie mieszały się i mile drażniły jego nozdrza, barwną feerią wpadając do płuc. Przymknął oczy i ponownie wziął głęboki oddech. Jeden aromat szczególnie mu się spodobał. Uśmiechnął się lekko i w zamyśleniu potarł brodę, obserwując drobną dziewczynę wychodzącą z kawiarni, wprost w ramiona jesiennej ulewy. Kilkudniowy zarost zachrzęścił cicho.
   Mężczyzna jednym łykiem dopił kawę, zapłacił i spokojnym krokiem ruszył ku drzwiom. Wychodząc na ulicę, bez trudu wypatrzył niewysoką blondynkę, bezskutecznie polującą na taksówkę. Zbliżył się i stanął tuż za nią. Powoli wciągnął do płuc jej zapach. Delikatny, kwiatowy aromat, z finezyjną nutą wanilii i mięty mieszał się z chemicznym, słodkim zapachem szamponu i ledwie wyczuwalną wonią potu. Dziewczyna pachniała młodością i życiem. Pięknem. Po raz kolejny odetchnął, rozciągnął usta w uśmiechu i wyciągnął ręce.
   Potężny grzmot zagłuszył krzyk dziewczyny i łoskot jej martwego ciała upadającego na chodnik. Strugi deszczu rozmazały jej czarny tusz i karminową szminkę, tworząc piekielny efekt parodii kobiety. Kremowa pomadka, spływająca po policzku, idealnie złączyła się ze smugami krwi na szyi.